poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Rozdział 5

Shino

Na moich oczach skuli siostrę, Shay się szarpała i błagała żeby ją puścili. W tym momencie w mojej głowie zabrzmiał głos "Co za okropieństwo, jak oni mogą? Oni nie mogą być waszymi rodzicami. Chcą wam zrobić krzywdę, tobie i Shay. Powinieneś coś z tym zrobić. Ochroń swoją siostrzyczkę!". Naglę przed oczami zrobiło mi się ciemno, w tej chwili zamiast klęczeć w moim pokoju byłem w jakimś ciemnym pomieszczeniu, za mną ktoś stał, obróciłem się i ujrzałem osobę która wygląda zupełnie jak ja
- Kim ty jesteś?!
- Jestem tobą idioto
- Co? Ale...
- Jestem jakby to powiedzieć... Twoją potężniejszą stroną - oznajmił, nie miałem zielonego pojęcia co tu się dzieje
- Gdzie my jesteśmy?
- Trudno to wytłumaczyć ale "w twojej głowie"... W każdym razie, skończmy pogaduszki i przejdźmy do konkretów. Jesteś wściekły na tych ludzi prawda? Sprawiają cierpienie naszej siostrzyce. Wystarczy że podasz mi dłoń a rozprawię się z tymi oszustami za ciebie, co ty na to? - zaproponował i wyciągnął dłoń w moją stronę
- Na jakiej podstawie mam ci ufać...
- Jestem tobą, czy to ma oznaczać że nie ufasz samemu sobie? Myślisz że rodzice tak traktują swoje dzieci? To oczywiste, to oszuści... Wystarczy że podasz mi rękę a uratuję Shay - powiedział, nie wiem co mnie do tego zmusiło ale podałem mu dłoń, wszystko rozbłysło i wróciłem do pokoju, zdawało się jakby nie było mnie tu tylko parę sekund, wszystko widziałem ale jakby nie mogłem nic zrobić z własnej woli. Naglę z moich pleców pojawiły się wielkie krucze skrzydła. Mężczyzna próbował mnie zaatakować lecz momentalnie zrobiłem unik, znikąd w mojej dłoni pojawił się czarno srebrny miecz, jednym jego machnięciem ściany i sufit uległy zniszczeniu. Kobieta szybko podbiegła do mężczyzny który leżał pod gruzami
- Cholera, jest jeszcze gorzej niż myśleliśmy - syknął. Poszedłem do siostry i rozkułem jej kajdany
- Nikomu nie pozwolę cię zranić - powiedziałem pomagając jej wstać
- Shino... Twoje oczy, robią się czarne - powiedziała z lekkim przerażeniem w głosie, chwilę później do pokoju, a raczej do reszek pokoju wpadli Lyn, Rey i Arthur. Demony próbowały mnie obezwładnić ale w tym momencie wbiłem się w powietrze
- Idioci, atakujecie niewłaściwą osobę!
- Czyżby, jak na razie to ty rozjebałeś 1/5 budynku - powiedział sarkastycznie Rey. Naglę z pleców Arthura pojawiły się śnieżno białe skrzydła a w ręce pozłacany łuk. Wystrzelił w moją stronę jedną strzałę ale z łatwością udało mi się ją uniknąć
- Co na tyle cie stać paniczyku!? - powiedziałem drwiącym głosem. Chłopak wzbił się w powietrze a łuk zmienił się w włócznię
- Shino, to nie jesteś prawdziwy ty, ocknij się
- A co jeżeli ja jestem tym prawdziwym a tamten idiota mnie tylko osłabia! - nie zdążyłem dokończyć jak Arthur zaczął mnie atakować. Zamachnąłem się mieczem co sprawiło że niebieskowłosy oberwał w skrzydło i spadł na ziemię. Spojrzałem w stronę Shay, ten demon Lyn chwycił ją za rękę i gdzieś prowadził
- jeżeli będzie trzeba, zabiję każdego kto mi się narazi - powiedziałem półgłosem. Leciałem w stronę demona lecz w ostatniej chwili
- Uważaj! - Shay krzyknęła i zasłoniła Lyna przez co mój miecz zamiast w demona wbił się w siostrę. Upadłem na podłogę i poczułem straszliwy ból głowy. Obydwie moje osobowości chciały teraz "dowodzić" czułem się jakby coś mnie w głowie od środka rozdzierało. Naglę wszystko zaczęło robić się ciemne i prawdopodobnie straciłem przytomność...



Shay



Ból. Krew. Dźwięk pękania. O dziwo nadal byłam świadoma, ale nie byłam w stanie tego znieść... Miecz zniknął a rany nie było, ale czułam, że się rozpadam. Dosłownie. Na ziemi widziałam odłamki "skóry". Ciężko było mi zaczerpnąć powietrza. Do tego najmniejszy ruch cholernie mnie bolał.... Nie byłam w stanie nawet krzyczeć. Spojrzałam na swoje ręce, ich kolor zmienił się. Wydawać by się mogło, że zgniły. Z ust leciała mi dziwna, ciemno czerwona ciecz. Gęstsza od krwi. W końcu padłam i obudziłam się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Było ono białe z niebieskimi meblami, pościelą i złotymi zdobieniami. Na przeciwko łóżka znajdowało się ogromne lustro. Widziałam w nim siebie. Straciłam połowę "powłoki" z twarzy. Gdy jej dotykałam, ktoś wszedł. Patrzyłam w stronę przejścia. W progu stał Lyn. Przerażona zakryłam twarz kołdrą. Nie mógł mnie takiej zobaczyć... Usłyszałam skrzypienie podłogi, a potem materaca.
-Shay, pokaż się...-powiedział i chwycił mnie za rozlatującą się dłoń.
-N... nie... nie chcę... nie w tym stanie...-wydusiłam przerażona.
Chłopak nie dał za wygraną i odsłonił mnie. Łzy leciały mi ze szklanych oczu strumieniem. Pewnie myśli, że jestem szpetna, i jak on mógł zakochać się w kimś takim jak ja? Dręczyłam się tymi myślami do momentu, gdy mnie pocałował. Odepchnęłam go delikatnie.
-Nie kochasz mnie?-zapytał.
Drżałam z rozpaczy.
-B... błagam... zakochaj się od nowa. Znajdź kogoś innego... proszę...-szepnęłam.
-Nie... Nie. NIE!-chłopak widocznie się zdenerwował. -Nie chcę innej, nie pokocham innej. Nawet jeżeli umrzesz będę nadal cię kochał, jasne?!-wrzasnął. Spojrzałam na niego. Powstrzymywał się od łez. Wtuliłam się w niego delikatnie. On także uważał, by mnie nie skrzywdzić. Minęło może 10 minut jak do pomieszczenia wszedł Arthur.
-Shay, pora zacząć.-odparł. Chwila... co niby zacząć? Mimo tak wielu obaw wstałam i wolnym krokiem skierowałam się za nim do ogromnej sali balowej. Na środku było namalowane słońce z różnymi znakami. Kazał mi w nim usiąść. Odczekałam dwie minuty i obok mnie położono ciało. Moje ciało. Wzdrygnęłam się przerażona.
-Spokojnie, nic ci nie będzie. Chcemy zwrócić ci prawdziwe ciało. Dzięki temu twoje serce będzie stabilniejsze.-odparł chłopak. Trzęsąc się jak galareta przytaknęłam. Po raz pierwszy poczułam taki rodzaj lęku. Nie umiałam go opisać... W momencie jednak przed oczyma zrobiło mi się ciemno i jedyne co widziałam, to dziewczyna o takiej samej budowie co ja, ale miała zielone włosy.... Stała do mnie plecami.
-K... kim ty jesteś?-zapytałam.
-Kimś, kogo możesz zabić, jeżeli się przemienisz. Kimś, kto opuści to ciało po ceremonii, ale wiedz, że dam o sobie znać.-odparła.-Twoje włosy, będą po części mieć mój kolor. Proszę, nie zrań mojej rodziny.-skończyła po czym odwróciła się do mnie. Jej brzuch... był rozpruty... Jedyne, co mogłam zrobić, to się zgodzić. Za bardzo przypominała mi mnie. Przytaknęła lekko, po czym wydałam z siebie krzyk. Ocknęłam się i szybko usiadłam nerwowo patrząc wokoło. Wszystko wróciło do normy. Prawie. Na grzywce zauważyłam ciemno zielony kosmyk. Spojrzałam na poprzednie ciało. Rozkładało się szybciej niż wcześniej. Poczułam nagle głód. Na szczęście był to ten... "normalny". Odetchnęłam z ulgą i chwiejąc się na wszystkie strony wstałam. Nogi delikatnie mi zadrżały, ale to wystarczyło, bym się przewróciła. W mgnieniu oka obok zjawił się Lyn. Wyglądał na szczęśliwego.
-Shay...-szepnął.
Tak cholernie chciałam go przytulić, ale nie mogłam. Jakbym nie miała władzy w ciele. Podszedł do nas dużo starszy mężczyzna z wielkimi, srebrnymi skrzydłami.
-Krew z rubinu musi dotrzeć we wszystkie zakamarki ciała... to potrwa 4-5 dni. Do tego czasu musisz leżeć i odpoczywać.-oznajmił i można powiedzieć, przeniósł mnie i czarnowłosego do poprzedniego pokoju. Leżałam w łóżku. Było trochę zimno, więc chciałam się przykryć, ale za nic mi się nie udawało... Lyn to zauważył i zarzucił na mnie kołdrę, gdy ją poprawiał z mojego żołądka rozległ się dźwięk burczenia. Zaśmiał się cicho i wyszedł. Wrócił z tacką pełną jedzenia. Jednak musiał mi on pomagać. Jak widać sprawiło mu to dużo zabawy. Wieczorem położył się obok mnie. Bez problemu usnęłam, ale w nocy usłyszałam skrzypienie. Patrzyłam na chłopaka.
-Znowu do nich idziesz?...-zapytałam słabo.
-Przecież wiesz, że muszę, a nie chcę cię skrzywdzić. To by podchodziło pod gwałt. Wiem, że tego nie chcesz.-odparł. Nim się obejrzałam już go nie było. Obiecałam sobie, że się nie zakocham, a tu proszę. Poczułam dziwny uścisk w sercu i z trudem zasnęłam. Rano obok siedział Shino.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz