Shino
Lyn rano wyruszył szukać Shay, wrócił razem z nią po kilku godzinach. Mimo że jej ubrania były w kilku miejscach splamione krwią, ulżyło mi że nic jej nie jest. Nie mam pojęcia co się stało później w rezydencji Natana gdyż straciłem przytomność ale wiem że Tansu nie żyje i to raczej przeze mnie, a raczej "drugiego mnie", nie mogłem przez to spojrzeć siostrze w oczy więc po chwili wyszedłem z pomieszczenia i usiadłem na werandzie. Po pewnym czasie, Shay już w swojej "normalnej formie" podeszła do mnie i usiadła niedaleko
- Shino, wszystko w porządku? - spytała po chwili ciszy
- Tak... Można tak powiedzieć... Udało ci się wrócić do poprzedniej formy - powiedziałem żeby zmienić temat, nadal patrząc się w horyzont
- Lyn założy mi tymczasową pieczęć blokującą moją moc. Sama nie dałabym rady - oznajmiła po czym nastała niezręczna cisza - Czuję że coś cię gryzie... Co się stało?
- Nic... naprawdę
- Obwiniasz się za śmierć Tansu? - powiedziała, poczułem się dziwnie, jakby mi czytała w myślach
- To wszystko moja wina
- Nie prawda, to nie byłeś prawdziwy ty! Musiał cię opętać jakiś zły duch i...
- Żaden zły duch... - niechętnie ale zacząłem opowiadać o wszystkim siostrze, o "drugim mnie", czułem że jej mogę zaufać - Już raz się nabrałem na jego "dobre intencje" a jak debil ponownie oddałem mu kontrolę
- Czyli, puki nie pozwolisz mu kontrolować twoim ciałem on nic nie może zrobić... Więc być może również możesz go odciąć od tej kontroli gdy coś będzie szło nie tak
- To tylko tak łatwo powiedzieć, próbowałem ale to chyba tak nie działa
- Wróćmy do początku, w jaki sposób wróciłeś do poprzedniej formy za pierwszym razem
- Gdy cię zraniłem mieczem a za drugim razem "rodzice' musieli interweniować - odparłem przerwano nam naszą rozmowę, gdyż Lyn zawołał Shay, siostra bez chwili wahania pobiegła w stronę czarnowłosego. Cóż w tej chwili nie jestem jej jedynym bratem, odrobinę mnie to przygnębia, ale mimo wszystko cieszę się że przez te lata Shay miała kogoś u swojego boku kto się o nią tak martwi jak ja a może nawet bardziej. Zaczęło robić się ciemno i chłodno więc wróciłem do środka, Lyn rozmawiał z Shay coś na temat jej pieczęci, nie chciałem im przeszkadzać więc udałem się do "mojego pokoju" na piętrze. Gdy przekroczyłem próg pomieszczenia zauważyłem siedzącego na parapecie Rey'a, patrzącego się przez okno
- Przepraszam ale chyba pomyliłeś pokój - powiedziałem po czym spojrzał w moją stronę
- Wcale nie. Długo każesz na siebie czekać - burknął schodząc z parapetu
- Chciałeś ze mną porozmawiać? Wystarczyło do mnie podejść, byłem cały czas na werandzie
- Wcale mi nie chodziło o rozmowę - oznajmił podchodząc do mnie, po czym chwycił mnie za nadgarstki i powalił na łóżko
- H...Hę?!
- Co żeś taki znowu zdziwiony - powiedział oschle
- Wcześniej powiedziałeś że "to że to robiliśmy nie czyni z nas kochanków"
- Bo nie czyni... Demony mają po prostu od czasu do czasu taką "potrzebę"
- To znaczy że musisz tą "potrzebę" zaspokajać na mnie? - odparłem lekko zirytowany, z tego co powiedział miało wynikać że jestem jego "zabawką"
- Skoro jesteś w pobliżu to dlaczego nie, przecież mnie kochasz... Z resztą nie lubię chodzić do klubów, tamtejsze kobiety śmierdzą wieloma innymi facetami, a ty "pachniesz" jak na razie tylko mną... Cóż jestem dosyć samolubny nie lubię jak ktoś "dotyka moje rzeczy bez pozwolenia" - powiedział z wrednym uśmieszkiem na twarzy... Czy on właśnie nazwał mnie "swoją rzeczą"?!
- Nie traktuj mnie przedmiotowo! - krzyknąłem, chciałem się wyrwać z jego uścisków ale był zbyt silny . Gdy już się zmęczyłem próbami wyrwania się, złotooki rozpiął moją koszulę i wśród jeszcze niektórych niezagojonych blizn robił nowe malinki, każdy dotyk jego ust mojego ciała ciała przyprawiał mnie o dreszcze, mimo że każdy z nich zostawiał po sobie bolesny ślad, nie chciałem żeby przestawał, jedną ręką w dalszym ciągu przytrzymywał mój nadgarstek a drugą opuszkami palców jeździł po moim brzuchu. Po dłuższej chwili demon zdjął moje spodnie razem z bielizną po czym obrócił mnie do siebie plecami, chwycił mnie za brzuch i podniósł mnie lekko ku górze. Wszedł we mnie bez żadnego przygotowania, ledwo powstrzymałem się od krzyku, w porównaniu do posiadłości Arthura ten dom jest nie za duży i jeżeli będę zbyt głośno jęczał reszta może wszystko usłyszeć. Z każdym szybszym ruchem Rey'a starałem się powstrzymywać od kolejnych jęków lecz demon wydawał się robić wszystko żeby mi się to nie udawało. Złotooki zaczął dotykać mnie w okolicach kroku, opierając się dłońmi o materac coraz mocniej zaciskałem pościel w pięściach, w pewnym momencie moje moje ręce zaczęły drżeć
- Podoba ci się gdy cię tu dotykam? - spytał drwiącym głosem. Nie dałem już rady się dłużej podpierać, dochodząc starałem się stłumić jęk chowając twarz w poduszce ale wątpię że to cokolwiek dało - Znowu doszedłeś przede mną a dopiero co zaczęliśmy, aż tak ci ze mną dobrze? - powiedział w podobny sposób co poprzednio. Rey, kontynuował puki sam nie doszedł, gdy już wreszcie ze mnie wyszedł znów tak jak poprzednio nie mogłem się ruszać, niemal od razu moje oczy się same zamknęły i zasnąłem. Gdy się obudziłem było już jasno a Rey'a nie było w pokoju, spojrzałem na zegarek, dochodziła już dziewiąta. Ubrałem się zszedłem do kuchni zrobić sobie śniadanie, przy stole już siedziała Shay w jednej ręce trzymając kanapkę a w drugiej jakąś książkę. Podczas gdy robiłem sobie śniadanie, nagle moja wstała i podeszła do mnie
- Coś się stało? - spytałem
- Masz jakiś ślad na szyi - oznajmiła przyglądając się znamieniu
- Ślad na szyi? - powtórzyłem po siostrze, dopiero po chwili dotarło do mnie co może być tym "śladem". Momentalnie zasłoniłem to miejsce dłonią - A to, to nic takiego... To tylko... siniak
- Siniak...?
- Taaa, siniak... - powiedziałem z lekko drżącym głosem i szczerząc się jak debil
- Jakim cudem udało ci się zrobić siniak w takim miejscu, z resztą wydawało mi się że siniaki mają inny kolor - powiedziała podejrzliwym tonem głosu
- Lyn cię chyba wołał
- Nic nie słyszałam
- Ja słyszałem. Może to być coś ważnego - siostra tylko pokręciła głową i wyszła z pomieszczenia. Szybkim krokiem poszedłem do łazienki by w lustrze zobaczyć jak duże jest znamię. W tym momencie w progu stanął Rey
- Długo masz zamiar jeszcze się przeglądać w tym lustrze?
- Nie mogłeś sobie darować tej malinki na szyi? Rzuca się w oczy od razu, jak ja mam to niby tłumaczyć? - powiedziałem nieco zirytowany
- Jak to "jak"? Wstydzisz się mnie? - rzucił półżartem złotooki. Naburmuszony wyszedłem z łazienki, nawet nie kończąc śniadania wróciłem do swojego pokoju.
Shayren
Czyżby znalazł sobie dziewczynę? Ulżyło mi trochę, jeżeli miałam być szczera. W spokoju zjadłam i wzięłam się za czytanie. Skończyłam na stronie 159, jak rodzice niezwłocznie chcieli porozmawiać. Shino już siedział w salonie. W sumie wszyscy tam byli. Usadowiłam się obok brata.
-Chcieliśmy oznajmić, że zabieramy swoje dzieci do ich domów.-odparła nasza matka.
Przyjęłam to ze spokojem, ale białowłosy najwidoczniej tego nie chciał.
-Niby dlaczego mielibyśmy z wami pójść?!-krzyknął.
-Niby po to byście opanowali moc. Chyba nie chcesz znów zabić, prawda?-do dyskusji wtrącił się nasz ojciec.
-Um... a czy... czy Lyn... mógłby jechać z nami?...-zapytałam stojąc na przeciwko nich ze spuszczoną głową. Usłyszałam tylko westchnięcie. -Jeżeli musi...-mężczyzna chyba nie był za szczęśliwy. Grunt, że się zgodził. Musieliśmy jeszcze tego samego dnia się spakować. W drodze do posiadłości spałam, więc miałam dość dużo energii. Wychodząc z auta zaniemówiłam widząc dom, a raczej zamek. Nie, nie... pałac. Właśnie. Pałac. Jedna strona była śnieżnobiała, z błękitnym dachem, a druga z czerwonych cegieł i czarnymi dachówkami. Zmuszeni byliśmy zamieszkać w osobnych częściach. W salonie pożegnaliśmy się i rozeszliśmy. Obok mnie szedł Lyn. Pokojówki widząc go krzywiły się. Albo miały aniele skrzydła, albo skrzydła wróżki. Jedna z nich zaprowadziła mnie i chłopaka do pokoju. Duży, jasny z dwoma łóżkami. Pewnie i tak będę spać z nim... Pomógł mi się wypakować po czym podniósł i przytulił.
-Uroczaaaa jesteeeś...-mruknął i postawił mnie na ziemi.
Czerwona spuściłam delikatnie wzrok. Czarnowłosy zniszczył mi fryzurę. Odgoniłam jego rękę i jeszcze bardziej zawstydzona cofnęłam się. Ten jednak nie dał za wygraną i zaczął korzystać z mojej słabości - łaskotek. Śmiejąc się na cały głos prosiłam go, by przestał. Lyn odpuścił po 30 minutach. Został zmuszony do wyjścia, ponieważ mój ojciec chciał go widzieć. Wyszedł, a potem czekałam może dwie godziny. Zaczęłam troszkę się martwić, więc wyszłam aby go poszukać. Zauważyłam go, jak przyciśnięty do ściany całował się z jakąś dziewczyną. Wiem, że czasem musi iść i się "zabawić", ale nigdy z żadną się nie "lizał"... Zdruzgotana zaczęłam płakać. Gdy to zauważył było za późno. Pobiegłam w stronę drzwi na tyłach domostwa. Wbiegłam do ogrodu i usiadłam w altance na samym środku. Starałam się uspokoić, ale jak miałam to zrobić? Jak?... Po chwili jednak wokół mnie zabłysł jakiś proszek i przede mną pojawił się mężczyzna. Zmuszona byłam, by stwierdzić iż był przystojny. I to bardzo... Ubrany w książęcy strój, kasztanowłosy o srebrnych oczach. Ukłonił się delikatnie, ujął moją dłoń i pocałował. Jeszcze bardziej się rozpłakałam.
-Panienko... powiesz mi jaki jest powód twego smutku?-zapytał siadając obok mnie.
-Mój... mój chłopak.. on...-wybełkotałam zalana łzami.
Nieznajomy pogłaskał mój policzek i uśmiechnął się ciepło. -Obiecuję ci... Przyrzekam... Pomogę.-oznajmił. W jedną chwilę postać zamieniła się w srebrny pierścionek. Wzięłam go delikatnie. Odetchnęłam po czym poszłam na spotkanie z bratem... Nie chciałam mu mówić, co zaszło, ale pewnie by zauważył. Powodem były rany, które pojawiły się samowolnie na moich dłoniach. Mocno krwawiły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz