Shay momentalnie straciła przytomność, nie miało to w tym momencie szczególnej przyczyny ale medyk oznajmił że to nic poważnego i wkrótce powinna się obudzić. Siostra została przeniesiona do swojego pokoju, po jakimś czasie uznałem że pójdę zobaczyć czy z Shay wszystko dobrze. Gdy otworzyłem drzwi i przekroczyłem próg pokoju nikogo w środku nie było, okno było otworzone a na łóżku leżała karteczka z niedługim tekstem "Wasz czas się skończył, nie wykorzystaliście go jak należy. Teraz pora na mój ruch". Bez chwili wahania mogłem stwierdzić że to sprawka Natana. Nie wiem czemu ale pierwszymi osobami do których poszedłem byli Lyn i Rey
- Zabiję go - burknął Lyn trzymając kartkę w rękach
- Jak na razie musimy go znaleźć co nie będzie takie proste. Nawet jeżeli wyślę moje lisie płomienie na poszukiwania może to zająć dosyć długo - oznajmił Rey, w tej chwili zaczęło kręcić mi się w głowie, oparłem się o ścianę i osunąłem się osunąłem się na ziemię, wszystko wokół zamilkło a przed oczami znów mi się zaczęło robić ciemno, już to raz miałem... Wtedy gdy spotkałem się z tym drugim mną. Tak jak wcześniej pojawiłem się w tym samym ciemnym pomieszczeniu i ponownie ujrzałem "drugiego mnie"
- No co jest, nie rób takiej miny... - oznajmił jak tylko się odwróciłem w jego stronę
- Oszukałeś mnie! Nie chodziło ci o uratowanie Shay tylko o przejęcie władzy nad moim ciałem
- Przyznaj, zrobiłem z niego większy użytek niż ty do tej pory... A zwłaszcza to z Rey'em
- Hę?!
- No co ty, myślisz że skoro nie mogę nic zrobić to niczego nie widzę?
- Wracając do tematu. Po co znowu mnie tu ściągnąłeś?
- Czy to nie oczywiste? Znajdę za ciebie Shay
- Co? Nie ma mowy. Ostatnim razem wbiłeś w jej plecy miecz!
- Gdyby tylko ten Lyn się nie wtrącił nic by się jej nie stało, celowałem w niego. W każdym razie Shay jest dla mnie naprawdę ważna i nie chcę żeby coś się jej stało, a przyznaj że sam nie potrafisz w pełni wykorzystać swoich umiejętności
- Zapomnij! Nie ufam ci, znowu skończy się tak jak ostatnio
- To że zniszczę część jakiegoś budynku? Jakbym zniszczył dom Natana to nie byłoby tragedii
- Powiedziałem coś
- Ale jesteś uparty. Niech ci będzie... Ale znajdź Shay, inaczej znajdę sposób żeby przejąć twoje ciało i sam ją znajdę - powiedział po czym wszystko rozbłysło. Początkowo słyszałem tylko czyjeś głosy odbijające się echem
- Shino...
- A weź mu przyłóż to się ocknie - taa... Dobrze rozpoznaję ten głos Lyna. Dopiero teraz całkowicie się "ocknąłem" a przede mną ujrzałem Lyna i Reya
- Co się stało?
- Wyglądało jakbyś w ogóle nie kontaktował
- Siedziałeś bez ruchu i gapiłeś się przed siebie nie reagując na nic
- Długo tak siedziałem?
- Jakąś minutę... Wszystko w porządku? - spytał Rey ale jego obojętny ton głosu mówił " tak na prawdę mnie to nie obchodzi, pytam z grzeczności"
- Tak, w porządku - odparłem i wstałem z ziemi, w tym momencie przed oczami miałem pierścień który Shay ma po matce, chwilę później słyszałem jakiś wewnętrzny głos który mówił mi w którą stronę iść - Chyba wiem gdzie jest Shay - powiedziałem naglę
- Niby skąd
- Nie wiem jak to wytłumaczyć ale jakby wyczuwam gdzie jest pierścień który ma ze sobą Shay
- Cóż, miejmy nadzieję że masz rację. Rey, wyślij lisie płomienie na wszelki wypadek na zwiady. A jak na razie pójdziemy sprawdzić miejsce o którym mówi Shino
- Macie zamiar tam pójść sami?!
- No i z tobą ale ty będziesz tylko naszym GPS'em
- To jest nie możliwe żebyśmy dali radę pokonać Natana, już sam fakt że potrafi zrobić tak idealną iluzję musi wskazywać że jest dość potężny a co dopiero...
- A kto powiedział że będziemy z nim walczyć. Oczywiście że nie damy rady z nim w walce, więc wykradniemy Shay tak samo jak on to zrobił, po cichu
- Weźmy se zobą przynajmniej Arthura jakby coś miało się chrzanić
- A po co... Z resztą Arthur ma małe problemy z radą po tym jak bez pozwolenia wykonał rytuał odzyskiwania ciała Shay... W każdym razie, nie ma czasu do stracenia - powiedział Lyn po czym obaj wzbili się w powietrze
- Jest tylko mały problem... Ja sam z siebie nie potrafię latać - oznajmiłem po czym Rey wylądował objął mnie wokół pasa i znowu wzbił się w powietrze, w tej chwili próbowałem tylko się nie zaczerwienić
- Zabiję go - burknął Lyn trzymając kartkę w rękach
- Jak na razie musimy go znaleźć co nie będzie takie proste. Nawet jeżeli wyślę moje lisie płomienie na poszukiwania może to zająć dosyć długo - oznajmił Rey, w tej chwili zaczęło kręcić mi się w głowie, oparłem się o ścianę i osunąłem się osunąłem się na ziemię, wszystko wokół zamilkło a przed oczami znów mi się zaczęło robić ciemno, już to raz miałem... Wtedy gdy spotkałem się z tym drugim mną. Tak jak wcześniej pojawiłem się w tym samym ciemnym pomieszczeniu i ponownie ujrzałem "drugiego mnie"
- No co jest, nie rób takiej miny... - oznajmił jak tylko się odwróciłem w jego stronę
- Oszukałeś mnie! Nie chodziło ci o uratowanie Shay tylko o przejęcie władzy nad moim ciałem
- Przyznaj, zrobiłem z niego większy użytek niż ty do tej pory... A zwłaszcza to z Rey'em
- Hę?!
- No co ty, myślisz że skoro nie mogę nic zrobić to niczego nie widzę?
- Wracając do tematu. Po co znowu mnie tu ściągnąłeś?
- Czy to nie oczywiste? Znajdę za ciebie Shay
- Co? Nie ma mowy. Ostatnim razem wbiłeś w jej plecy miecz!
- Gdyby tylko ten Lyn się nie wtrącił nic by się jej nie stało, celowałem w niego. W każdym razie Shay jest dla mnie naprawdę ważna i nie chcę żeby coś się jej stało, a przyznaj że sam nie potrafisz w pełni wykorzystać swoich umiejętności
- Zapomnij! Nie ufam ci, znowu skończy się tak jak ostatnio
- To że zniszczę część jakiegoś budynku? Jakbym zniszczył dom Natana to nie byłoby tragedii
- Powiedziałem coś
- Ale jesteś uparty. Niech ci będzie... Ale znajdź Shay, inaczej znajdę sposób żeby przejąć twoje ciało i sam ją znajdę - powiedział po czym wszystko rozbłysło. Początkowo słyszałem tylko czyjeś głosy odbijające się echem
- Shino...
- A weź mu przyłóż to się ocknie - taa... Dobrze rozpoznaję ten głos Lyna. Dopiero teraz całkowicie się "ocknąłem" a przede mną ujrzałem Lyna i Reya
- Co się stało?
- Wyglądało jakbyś w ogóle nie kontaktował
- Siedziałeś bez ruchu i gapiłeś się przed siebie nie reagując na nic
- Długo tak siedziałem?
- Jakąś minutę... Wszystko w porządku? - spytał Rey ale jego obojętny ton głosu mówił " tak na prawdę mnie to nie obchodzi, pytam z grzeczności"
- Tak, w porządku - odparłem i wstałem z ziemi, w tym momencie przed oczami miałem pierścień który Shay ma po matce, chwilę później słyszałem jakiś wewnętrzny głos który mówił mi w którą stronę iść - Chyba wiem gdzie jest Shay - powiedziałem naglę
- Niby skąd
- Nie wiem jak to wytłumaczyć ale jakby wyczuwam gdzie jest pierścień który ma ze sobą Shay
- Cóż, miejmy nadzieję że masz rację. Rey, wyślij lisie płomienie na wszelki wypadek na zwiady. A jak na razie pójdziemy sprawdzić miejsce o którym mówi Shino
- Macie zamiar tam pójść sami?!
- No i z tobą ale ty będziesz tylko naszym GPS'em
- To jest nie możliwe żebyśmy dali radę pokonać Natana, już sam fakt że potrafi zrobić tak idealną iluzję musi wskazywać że jest dość potężny a co dopiero...
- A kto powiedział że będziemy z nim walczyć. Oczywiście że nie damy rady z nim w walce, więc wykradniemy Shay tak samo jak on to zrobił, po cichu
- Weźmy se zobą przynajmniej Arthura jakby coś miało się chrzanić
- A po co... Z resztą Arthur ma małe problemy z radą po tym jak bez pozwolenia wykonał rytuał odzyskiwania ciała Shay... W każdym razie, nie ma czasu do stracenia - powiedział Lyn po czym obaj wzbili się w powietrze
- Jest tylko mały problem... Ja sam z siebie nie potrafię latać - oznajmiłem po czym Rey wylądował objął mnie wokół pasa i znowu wzbił się w powietrze, w tej chwili próbowałem tylko się nie zaczerwienić
- No to, w którą stronę? - z zamyśleń wyrwał mnie głos Lyna. Jakoś się skupiłem i dotarliśmy na miejsce. Byliśmy pod dość sporą rezydencją
- Wyczuwam pierścień z najwyższego piętra, trzecie okno od lewej - oznajmiłem po czym Lyn wleciał w to okno rozwalając je
- Debilu miało być po cichu! - syknął Rey wlatując ze mną za nim. Pierścień leżał na komodzie a obok na łóżku siedziała Shay
- Shay, wszystko w porządku? - chciałem już do niej podejść gdy Lyn mnie powstrzymał
- Nie ciesz się tak prędko. Coś tu jest nie tak
- Wyczuwam pierścień z najwyższego piętra, trzecie okno od lewej - oznajmiłem po czym Lyn wleciał w to okno rozwalając je
- Debilu miało być po cichu! - syknął Rey wlatując ze mną za nim. Pierścień leżał na komodzie a obok na łóżku siedziała Shay
- Shay, wszystko w porządku? - chciałem już do niej podejść gdy Lyn mnie powstrzymał
- Nie ciesz się tak prędko. Coś tu jest nie tak
- Hę?
- Nie uważasz że to dziwne. Wleciałem tutaj wybijając szybę a ona nawet się nie wzdrygnęła mimo że tuż obok niej leżą kawałki szkła... - oznajmił, cóż to prawda ale jeden z kawałków szkła leżał jej na kolanach jak widać ten musiał zranić ją w rękę, a przez iluzji nic by się nie stało. W tej chwili do pokoju wszedł młody mężczyzna mniej więcej w naszym wieku. Chwycił dłoń Shay i zaczął zlizywać z niej krew, zachowywał się jakby nas w ogóle tutaj nie było
- Nie uważasz że to dziwne. Wleciałem tutaj wybijając szybę a ona nawet się nie wzdrygnęła mimo że tuż obok niej leżą kawałki szkła... - oznajmił, cóż to prawda ale jeden z kawałków szkła leżał jej na kolanach jak widać ten musiał zranić ją w rękę, a przez iluzji nic by się nie stało. W tej chwili do pokoju wszedł młody mężczyzna mniej więcej w naszym wieku. Chwycił dłoń Shay i zaczął zlizywać z niej krew, zachowywał się jakby nas w ogóle tutaj nie było
- Teme, nie waż się jej dotykać! - krzyknął Lyn, chciał go zaatakować lecz gdy tylko się do niego zbliżył odrzuciło go na drugi koniec pokoju - stosuję jakąś silną formę pola siłowego, nie będzie łatwo - syknął podnosząc się z podłogi
- Nie przypominam sobie żebym was zapraszał do mojej rezydencji - po chwili w końcu zwrócił się do nas - Cóż mój ojciec przewidywał że będziecie próbowali ją "odbić". Mimo wszystko nie pozwolę wam zabrać mojej przyszłej żony - "ojciec"? Mówi o Natanie? Chwila moment czyli to musi być Tansu
- Prędzej umrę niż pozwolę żeby Shay została żoną kogoś takiego jak ty! - krzyknął ponownie Lyn
- To da się zrobić, zginiecie na własne życzenie - oznajmił, a mnie znowu zrobiło cię ciemno przed oczami i ponownie znalazłem się w tym ciemnym miejscu
- Co ty wyprawiasz?!
- Zluzuj odrobinę... Nadal uważasz że nie mnie nie potrzebujesz? Jeżeli teraz się nie zamienimy cała wasza trójka na prawdę może zginąć
- Na jakiej podstawie mam ci tym razem wierzyć
- Na takiej że jeżeli dasz się zabić jak debil ja również umrę! Jeżeli tak strasznie ci na tym zależy to obiecuję że spróbuję nikogo nie zabić oprócz Tansu. I tak wątpię że zdołam go zabić, najwyżej chwilowo go unieszkodliwię co da nam czas na uratowanie Shay i ucieczkę!
- Ale natychmiast po tym masz oddać władzę nad ciałem mi
- Agh... Zgoda - powiedział dosyć niezadowolony i wyciągnął w moją stronę dłoń którą uścisnąłem. Momentalnie wróciłem "do rzeczywistości" i tak samo jak za pierwszym razem mogłem tylko obserwować. Przyłożyłem dłoń do twarzy i zacząłem się cicho śmiać, Lyn i Rey patrzyli się na mnie jakbym ześwirował
- Jesteś tego pewny? Jedyną osobą która dziś umrze, będziesz ty - powiedziałem odsłaniając twarz i z moich pleców pojawiły się czarne skrzydła - Pożałujesz że chociaż tknąłeś moją siostrzyczkę - dodałem po czym w mojej ręce pojawił się ten sam czarny miecz. Kilkukrotne trzepotanie moimi skrzydłami sprawiło że pokój zaczął się cały trząść przewracając parę mebli, komoda z pierścieniem również się przewróciła, podniosłem biżuterię z podłogi i schowałem do kieszeni. Zamachnąłem się mieczem "fala uderzeniowa"rozwaliła ściany i miotnęła Tansu kilka pomieszczeń dalej. Zrobiła się wielka chmura kurzu przez którą ciężko było cokolwiek dostrzec. Poszedłem do Shay, w dalszym ciągu była unieruchomiona, odłożyłem miecz na podłogę i wyciągnąłem z kieszeni pierścień, drygą ręką chwyciłem jej dłoń. "Drugi ja" najwyraźniej chciał jej go z powrotem założyć ale zanim to zrobił pocałował Shay prosto w usta. Założył pierścień na jej palec, po czym siostra już normalnie mogła się ruszać. Podniosłem miecz zacząłem iść w stronę Tansu
- Shino, nie! Nie zabijaj go! - usłyszałem zza plecami głos Shay ale "drugi ja" ignorował to - Lyn, Rey, proszę powstrzymajcie go - powiedziała błagalnym głosem. Obaj próbowali mnie zaatakować z dwóch różnych stron ale udało mi się uniknąć ciosów i falą uderzeniową przygwoździłem ich do podłogi - Co ty robisz!? Oni są po naszej stronie!
- Dlaczego kazałaś im mnie zaatakować?
- Co? Nie ja tylko...
- Posyłasz demony na własnego brata...
- Nie jesteś moim bratem! Shino się tak nie zachowuje! Natychmiast oddaj ciało mojemu bratu! - krzyknęła po czym poczułem okropny "ścisk" w głowie, ból był nie do zniesienia, trzymając się za głowę upadłem na kolana, nagle wszystko wokół zrobiło się ciemne i chyba straciłem przytomność.
Shayren
Po zajściu w rezydencji pojawili się ludzie, podający się za rodziców mnie i Shina. Wprowadzili go w stan snu, by był nieszkodliwy. Tak prawdopodobnie musiało być. Podczas ich opiekowania się białowłosym, przez gruzy dostałam się do miejsca, gdzie znajdował się ledwo żyjący Tansu. Powoli wykrwawiał się trzymając za ranę dłońmi. Na mój widok na jego twarzy zagościł lekki, może i nawet wymuszony uśmiech. On nigdy nie był zły. W dzieciństwie uważałam go za swojego rycerza. Przyklęknęłam obok niego i chwyciłam za ramię. Jego koniec był bliski.
-Ja tylko chciałem byś była szczęśliwa. Pragnąłem zabrać cię z tego miejsca i ukryć przed innymi, abyś mogła być bezpieczna. Żebyś nie miała trosk...-powiedział dusząc się krwią.
-Proszę cię... nic nie mów...-wydukałam przez łzy.
Oczy zaczęły mu się zamykać, ale walczył. Nadal walczył. W momencie, w którym nie dał już rady i głowa mu się lekko osunęła na ramię zacisnęłam dłonie i przytuliłam go. Wiedziałam, że to nie była wina Shina, ale w takim razie kogo? Zrozpaczona dałam upust swoim mocom i wokół mnie pojawiła się biała poświata. Na rękach miałam pióra gdzieś do połowy ramienia, włosy się wydłużyły i plątały się po ziemi, na plecach miałam 3 pary szarawych skrzydeł. Na ciele widniały znaki i zaklęcia zapisane w łacinie. Ubrana byłam w srebrną zbroję i tunikę. Stój był lekki. Chwiejnie wstałam podpierając się oszczepem. Westchnęłam, a z moich ust wydobyła się mrożąca mgiełka.
- Pacis innocentis cruore maculatur (Spoczywaj w spokoju, niewinny, krwią splamiony. ).-powiedziałam cicho i machnęłam ręką nad jego ciałem. Obok truchła pojawił się duch mężczyzny. Uśmiechnął się radośnie, ukłonił i rozpłynął. Na palcu zauważyłam srebrny pierścień z lazurem. Widocznie zdobyłam ułamek jego serca. Skierowałam głowę w stronę osób, które stały nad Shinem. Wyglądali na przerażonych.
-Shay... ty...-wydukała kobieta.
Rozłożyłam ręce.
-Tak. Przemieniłam się. I nie jestem Shayren... nie w tym ciele... 魂のコレクタ(Tamashī no korekuta / zbieracz dusz), tak brzmi me imię, w skrócie Tamash. Nie wiedzieliście o tym? Oh, to głupie. Jasne, że wiedzieliście. Tego się właśnie baliście? Mnie? Własnej córki? Przepraszam, ale aktualnie jestem zajęta. Widocznie nie zajęliście się tymi pluskwami, żerującymi na ludzkich uczuciach? Przez to ja muszę zbierać te śmieci. Do zobaczenia-odparłam, machnęłam włócznią i przeniosłam się do dużego zamku. Jakaś kobieta podbiegła do mnie.
-Tak się cieszę, że jesteś! Proszę, pomóż! Mój mąż...-nie dałam jej skończyć. Zaprowadziła mnie do jego pokoju. Mężczyzna szamotał się na nim i śmiał się dziko. Podeszłam do niego.
-Witaj. Przybyłam, by ci pomóc.-odrzekłam po czym położyłam dwa palce na jego czole. Demon zmarł, a opętany był wolny.
-Moja praca się tutaj kończy. Proszę się nie martwić. Będzie spał może dwa, trzy dni.-oznajmiłam. Kobieta nie wiedziała jak mi się zrewanżować, więc poprosiłam o nocleg. Zdziwiła się. Pewnie spodziewała się czegoś więcej. Przytaknęła i zaprowadziła mnie do pokoju. Skinęłam głową i podziękowałam jej. Zdjęłam pancerz zostawiając tunikę. Usiadłam po turecku na łóżku i patrzyłam na widok za oknem. Nie zabrałam ze sobą swojego pierścienia, więc nie odnajdą mnie tak szybko. Rano obudziłam się równo o piątej słysząc przerażające krzyki na dziedzińcu. Wstałam i zauważyłam czarną szkaradę trzymającą w ręku głowę jakiejś młodej kobiety. Prychnęłam, zebrałam się i wyskoczyłam z okna na kreaturę. Niemiłosiernie krzyczał. Wbiłam oszczep w jego serce. Rozpłynął się w powietrzu a ja podeszłam do głowy kobiety, wzięłam ją do rąk, znalazłam ciało i ożywiłam ofiarę. Zdawała się przerażona, ale po uspokojeniu się dziękowała mi dobrą godzinę. Ukłoniłam się delikatnie i wyszłam z miasteczka. Czułam ulgę i radość. Na koniec zesłałam na mieszkańców i ich domostwa specjalny urok, chroniący ich od zła. Odwróciłam się i dalej szłam w swoją stronę. Będąc w górach usłyszałam jak spadają skały. Śledzono mnie. Za sobą zauważyłam ciągnące się pasmo włosów, gdy je obcięłam zniknęły one. Znalazłam jakąś jaskinię i schroniłam się w niej. Przysnęłam i obudziłam się w pokoju o srebrnych ścianach, delikatnych, różowych zdobieniach i błękitnych meblach. Musiał należeć do kogoś bogatego. Nie mógł być to człowiek. Rozglądnęłam się po pokoju. Zbroja leżała na krześle, a oszczep był oparty o toaletkę.
-Jaki okropny zboczeniec musiał mnie znaleźć?-mruknęłam.
Zwlokłam się z łóżka po czym dotknęłam uszu. Były one elfie, długie o ostrych zakończeniach. Powoli podeszłam do lustra i zaczęłam przeglądać się w nim. Ktoś musiał mnie przebrać. Sukienka była długa, bez dekoltu z zakrytymi ramionami, wykonana z grubej bawełny. Zauważyłam jeszcze list wciśnięty między szafki. Postanowiłam go odczytać dużo później. Pragnęłam rozejrzeć się po rezydencji. Jak się okazało, była to akademia, i nie taka zwykła. Uczyło się w niej wiele ras, prócz ludzi. Patrzyli na mnie jak zahipnotyzowani. Udałam się w stronę gabinetu dyrekcji. Zapukałam delikatnie i weszłam. Mężczyzna był młody i przystojny. Długie, kasztanowe włosy przysłaniały srebrzyste oczy. Spoglądał na mnie zasłaniając twarz dłonią.
-Mam nadzieję, że nie zaznałaś dyskomfortu. Dobrze ci się spało?-zapytał.
-Dziękuję za troskę.-odparłam i usiadłam na fotelu przed nim.
-Ile tak spałam?
-Dwa dni.
-Jak mnie znaleźliście?
-Wysłaliśmy zwiad.
-Działacie na czyjeś polecenie?
-Działam sam, teraz ja mam pytanie. Uciekłaś z domu?
-Może.
Na tym się skończyło. Przedstawił się jeszcze prowadząc mnie na stołówkę. Krew dało się wyczuć już z daleka.
-Jestem Sazuu Aki.-odparł i otworzył drzwi.
Uczniowie grzecznie siedzieli przy stolikach, nie hałasując zbytnio. Widocznie akademia była prestiżowa. Mężczyzna zaprowadził mnie do sali, gdzie jedli nauczyciele. Było ich może z 40. Wyglądali na zaciekawionych. W spokoju zjadłam i udałam się znów do pokoju. Musiałam obmyślić gdzie następnie pójdę. Plany niweczyły mi jednak myśli o Lynie. Próbowałam się ich wyzbyć, ale nie mogłam tego zrobić. Nie umiałam. Przez to siedziałam nad mapą zdenerwowana, próbując się skupić. Minęło 30 minut i do pomieszczenia wszedł srebrnooki. Usiadł obok mnie i przytulił. Pogadał ze mną, doradził po czym puścił wolno. Mogłam się zebrać i wyruszyć. W drodze do miasta Bath ktoś naskoczył na mnie. Po chwili nad głową przeleciały mi kule ze srebra. Postać podniosła się. W momencie rozpoznałam w niej Lyn'a.
-Nic ci nie jest? Zabierajmy się stąd. Polują tutaj na wilkołaki, widocznie pomylili cię z jednym.-odparł, złapał mnie za rękę i zaczął prowadzić w stronę dużego domostwa. W środku był mój brat. Przeraził się na widok ciemnoczerwonej krwi. Musiałam jej nie zmyć po poprzedniej walce...
- Nie przypominam sobie żebym was zapraszał do mojej rezydencji - po chwili w końcu zwrócił się do nas - Cóż mój ojciec przewidywał że będziecie próbowali ją "odbić". Mimo wszystko nie pozwolę wam zabrać mojej przyszłej żony - "ojciec"? Mówi o Natanie? Chwila moment czyli to musi być Tansu
- Prędzej umrę niż pozwolę żeby Shay została żoną kogoś takiego jak ty! - krzyknął ponownie Lyn
- To da się zrobić, zginiecie na własne życzenie - oznajmił, a mnie znowu zrobiło cię ciemno przed oczami i ponownie znalazłem się w tym ciemnym miejscu
- Co ty wyprawiasz?!
- Zluzuj odrobinę... Nadal uważasz że nie mnie nie potrzebujesz? Jeżeli teraz się nie zamienimy cała wasza trójka na prawdę może zginąć
- Na jakiej podstawie mam ci tym razem wierzyć
- Na takiej że jeżeli dasz się zabić jak debil ja również umrę! Jeżeli tak strasznie ci na tym zależy to obiecuję że spróbuję nikogo nie zabić oprócz Tansu. I tak wątpię że zdołam go zabić, najwyżej chwilowo go unieszkodliwię co da nam czas na uratowanie Shay i ucieczkę!
- Ale natychmiast po tym masz oddać władzę nad ciałem mi
- Agh... Zgoda - powiedział dosyć niezadowolony i wyciągnął w moją stronę dłoń którą uścisnąłem. Momentalnie wróciłem "do rzeczywistości" i tak samo jak za pierwszym razem mogłem tylko obserwować. Przyłożyłem dłoń do twarzy i zacząłem się cicho śmiać, Lyn i Rey patrzyli się na mnie jakbym ześwirował
- Jesteś tego pewny? Jedyną osobą która dziś umrze, będziesz ty - powiedziałem odsłaniając twarz i z moich pleców pojawiły się czarne skrzydła - Pożałujesz że chociaż tknąłeś moją siostrzyczkę - dodałem po czym w mojej ręce pojawił się ten sam czarny miecz. Kilkukrotne trzepotanie moimi skrzydłami sprawiło że pokój zaczął się cały trząść przewracając parę mebli, komoda z pierścieniem również się przewróciła, podniosłem biżuterię z podłogi i schowałem do kieszeni. Zamachnąłem się mieczem "fala uderzeniowa"rozwaliła ściany i miotnęła Tansu kilka pomieszczeń dalej. Zrobiła się wielka chmura kurzu przez którą ciężko było cokolwiek dostrzec. Poszedłem do Shay, w dalszym ciągu była unieruchomiona, odłożyłem miecz na podłogę i wyciągnąłem z kieszeni pierścień, drygą ręką chwyciłem jej dłoń. "Drugi ja" najwyraźniej chciał jej go z powrotem założyć ale zanim to zrobił pocałował Shay prosto w usta. Założył pierścień na jej palec, po czym siostra już normalnie mogła się ruszać. Podniosłem miecz zacząłem iść w stronę Tansu
- Shino, nie! Nie zabijaj go! - usłyszałem zza plecami głos Shay ale "drugi ja" ignorował to - Lyn, Rey, proszę powstrzymajcie go - powiedziała błagalnym głosem. Obaj próbowali mnie zaatakować z dwóch różnych stron ale udało mi się uniknąć ciosów i falą uderzeniową przygwoździłem ich do podłogi - Co ty robisz!? Oni są po naszej stronie!
- Dlaczego kazałaś im mnie zaatakować?
- Co? Nie ja tylko...
- Posyłasz demony na własnego brata...
- Nie jesteś moim bratem! Shino się tak nie zachowuje! Natychmiast oddaj ciało mojemu bratu! - krzyknęła po czym poczułem okropny "ścisk" w głowie, ból był nie do zniesienia, trzymając się za głowę upadłem na kolana, nagle wszystko wokół zrobiło się ciemne i chyba straciłem przytomność.
Shayren
Po zajściu w rezydencji pojawili się ludzie, podający się za rodziców mnie i Shina. Wprowadzili go w stan snu, by był nieszkodliwy. Tak prawdopodobnie musiało być. Podczas ich opiekowania się białowłosym, przez gruzy dostałam się do miejsca, gdzie znajdował się ledwo żyjący Tansu. Powoli wykrwawiał się trzymając za ranę dłońmi. Na mój widok na jego twarzy zagościł lekki, może i nawet wymuszony uśmiech. On nigdy nie był zły. W dzieciństwie uważałam go za swojego rycerza. Przyklęknęłam obok niego i chwyciłam za ramię. Jego koniec był bliski.
-Ja tylko chciałem byś była szczęśliwa. Pragnąłem zabrać cię z tego miejsca i ukryć przed innymi, abyś mogła być bezpieczna. Żebyś nie miała trosk...-powiedział dusząc się krwią.
-Proszę cię... nic nie mów...-wydukałam przez łzy.
Oczy zaczęły mu się zamykać, ale walczył. Nadal walczył. W momencie, w którym nie dał już rady i głowa mu się lekko osunęła na ramię zacisnęłam dłonie i przytuliłam go. Wiedziałam, że to nie była wina Shina, ale w takim razie kogo? Zrozpaczona dałam upust swoim mocom i wokół mnie pojawiła się biała poświata. Na rękach miałam pióra gdzieś do połowy ramienia, włosy się wydłużyły i plątały się po ziemi, na plecach miałam 3 pary szarawych skrzydeł. Na ciele widniały znaki i zaklęcia zapisane w łacinie. Ubrana byłam w srebrną zbroję i tunikę. Stój był lekki. Chwiejnie wstałam podpierając się oszczepem. Westchnęłam, a z moich ust wydobyła się mrożąca mgiełka.
- Pacis innocentis cruore maculatur (Spoczywaj w spokoju, niewinny, krwią splamiony. ).-powiedziałam cicho i machnęłam ręką nad jego ciałem. Obok truchła pojawił się duch mężczyzny. Uśmiechnął się radośnie, ukłonił i rozpłynął. Na palcu zauważyłam srebrny pierścień z lazurem. Widocznie zdobyłam ułamek jego serca. Skierowałam głowę w stronę osób, które stały nad Shinem. Wyglądali na przerażonych.
-Shay... ty...-wydukała kobieta.
Rozłożyłam ręce.
-Tak. Przemieniłam się. I nie jestem Shayren... nie w tym ciele... 魂のコレクタ(Tamashī no korekuta / zbieracz dusz), tak brzmi me imię, w skrócie Tamash. Nie wiedzieliście o tym? Oh, to głupie. Jasne, że wiedzieliście. Tego się właśnie baliście? Mnie? Własnej córki? Przepraszam, ale aktualnie jestem zajęta. Widocznie nie zajęliście się tymi pluskwami, żerującymi na ludzkich uczuciach? Przez to ja muszę zbierać te śmieci. Do zobaczenia-odparłam, machnęłam włócznią i przeniosłam się do dużego zamku. Jakaś kobieta podbiegła do mnie.
-Tak się cieszę, że jesteś! Proszę, pomóż! Mój mąż...-nie dałam jej skończyć. Zaprowadziła mnie do jego pokoju. Mężczyzna szamotał się na nim i śmiał się dziko. Podeszłam do niego.
-Witaj. Przybyłam, by ci pomóc.-odrzekłam po czym położyłam dwa palce na jego czole. Demon zmarł, a opętany był wolny.
-Moja praca się tutaj kończy. Proszę się nie martwić. Będzie spał może dwa, trzy dni.-oznajmiłam. Kobieta nie wiedziała jak mi się zrewanżować, więc poprosiłam o nocleg. Zdziwiła się. Pewnie spodziewała się czegoś więcej. Przytaknęła i zaprowadziła mnie do pokoju. Skinęłam głową i podziękowałam jej. Zdjęłam pancerz zostawiając tunikę. Usiadłam po turecku na łóżku i patrzyłam na widok za oknem. Nie zabrałam ze sobą swojego pierścienia, więc nie odnajdą mnie tak szybko. Rano obudziłam się równo o piątej słysząc przerażające krzyki na dziedzińcu. Wstałam i zauważyłam czarną szkaradę trzymającą w ręku głowę jakiejś młodej kobiety. Prychnęłam, zebrałam się i wyskoczyłam z okna na kreaturę. Niemiłosiernie krzyczał. Wbiłam oszczep w jego serce. Rozpłynął się w powietrzu a ja podeszłam do głowy kobiety, wzięłam ją do rąk, znalazłam ciało i ożywiłam ofiarę. Zdawała się przerażona, ale po uspokojeniu się dziękowała mi dobrą godzinę. Ukłoniłam się delikatnie i wyszłam z miasteczka. Czułam ulgę i radość. Na koniec zesłałam na mieszkańców i ich domostwa specjalny urok, chroniący ich od zła. Odwróciłam się i dalej szłam w swoją stronę. Będąc w górach usłyszałam jak spadają skały. Śledzono mnie. Za sobą zauważyłam ciągnące się pasmo włosów, gdy je obcięłam zniknęły one. Znalazłam jakąś jaskinię i schroniłam się w niej. Przysnęłam i obudziłam się w pokoju o srebrnych ścianach, delikatnych, różowych zdobieniach i błękitnych meblach. Musiał należeć do kogoś bogatego. Nie mógł być to człowiek. Rozglądnęłam się po pokoju. Zbroja leżała na krześle, a oszczep był oparty o toaletkę.
-Jaki okropny zboczeniec musiał mnie znaleźć?-mruknęłam.
Zwlokłam się z łóżka po czym dotknęłam uszu. Były one elfie, długie o ostrych zakończeniach. Powoli podeszłam do lustra i zaczęłam przeglądać się w nim. Ktoś musiał mnie przebrać. Sukienka była długa, bez dekoltu z zakrytymi ramionami, wykonana z grubej bawełny. Zauważyłam jeszcze list wciśnięty między szafki. Postanowiłam go odczytać dużo później. Pragnęłam rozejrzeć się po rezydencji. Jak się okazało, była to akademia, i nie taka zwykła. Uczyło się w niej wiele ras, prócz ludzi. Patrzyli na mnie jak zahipnotyzowani. Udałam się w stronę gabinetu dyrekcji. Zapukałam delikatnie i weszłam. Mężczyzna był młody i przystojny. Długie, kasztanowe włosy przysłaniały srebrzyste oczy. Spoglądał na mnie zasłaniając twarz dłonią.
-Mam nadzieję, że nie zaznałaś dyskomfortu. Dobrze ci się spało?-zapytał.
-Dziękuję za troskę.-odparłam i usiadłam na fotelu przed nim.
-Ile tak spałam?
-Dwa dni.
-Jak mnie znaleźliście?
-Wysłaliśmy zwiad.
-Działacie na czyjeś polecenie?
-Działam sam, teraz ja mam pytanie. Uciekłaś z domu?
-Może.
Na tym się skończyło. Przedstawił się jeszcze prowadząc mnie na stołówkę. Krew dało się wyczuć już z daleka.
-Jestem Sazuu Aki.-odparł i otworzył drzwi.
Uczniowie grzecznie siedzieli przy stolikach, nie hałasując zbytnio. Widocznie akademia była prestiżowa. Mężczyzna zaprowadził mnie do sali, gdzie jedli nauczyciele. Było ich może z 40. Wyglądali na zaciekawionych. W spokoju zjadłam i udałam się znów do pokoju. Musiałam obmyślić gdzie następnie pójdę. Plany niweczyły mi jednak myśli o Lynie. Próbowałam się ich wyzbyć, ale nie mogłam tego zrobić. Nie umiałam. Przez to siedziałam nad mapą zdenerwowana, próbując się skupić. Minęło 30 minut i do pomieszczenia wszedł srebrnooki. Usiadł obok mnie i przytulił. Pogadał ze mną, doradził po czym puścił wolno. Mogłam się zebrać i wyruszyć. W drodze do miasta Bath ktoś naskoczył na mnie. Po chwili nad głową przeleciały mi kule ze srebra. Postać podniosła się. W momencie rozpoznałam w niej Lyn'a.
-Nic ci nie jest? Zabierajmy się stąd. Polują tutaj na wilkołaki, widocznie pomylili cię z jednym.-odparł, złapał mnie za rękę i zaczął prowadzić w stronę dużego domostwa. W środku był mój brat. Przeraził się na widok ciemnoczerwonej krwi. Musiałam jej nie zmyć po poprzedniej walce...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz